Rozmawiając z krytykiem

Tara Mohr o krytyku wewnętrznym mówi, że jest jak woda, w której przywykliśmy pływać; dlatego słuchamy jego monologów wręcz mechanicznie, nie mając nawet świadomości, co i jak często do nas mówi.
Krytyk wewnętrzny mówi najgłośniej, kiedy chcemy zrobić krok w stronę tego, co ma dla nas naprawdę duże znaczenie. To dobrze znana większości z nas obawa przed krytyką swojej pracy, którą zdecydowalibyśmy się pokazać, czy przed wyśmianiem, kiedy przedstawilibyśmy swój punkt widzenia w dyskusji, to niechęć wobec wywołania konfliktu jeżeli wyrazilibyśmy na głos swoje odmienne zdanie, czy wreszcie lęk przed niepowodzeniem działań, w które włożylibyśmy swój czas, wysiłek, pieniądze i serce…

wewnętrzny_krytyk

Jest jednak dobra i zła wiadomość: ten krytyk wewnętrzny to sprawka tzw. gadziego mózgu, czyli najbardziej pierwotnej, odpowiedzialnej za utrzymanie nas przy życiu części naszego mózgu. Tak samo jak miliony lat temu, wciąż chroni nas przed ewentualnymi niebezpieczeństwami, które dziś znacznie częściej jednak wiążą się z ryzykiem emocjonalnym niż z fizycznym zagrożeniem. Co szczególnie ważne biorąc pod uwagę intencje krytyka wewnętrznego – ta część mózgu uaktywnia się w sytuacjach stresu i działa niezależnie od naszej świadomości! Wystarczy więc, że gadzi mózg uzna daną sytuację za potencjalnie dla nas groźną i od razu uruchamia reakcję: “walcz!” albo “uciekaj!”. Wówczas, zanim np. odezwiemy się na firmowym spotkaniu, ten gad podrzuci nam coś w stylu “daj spokój, za kogo ty się uważasz?”, “za mało wiesz na ten temat”, “oni wszyscy mają na pewno większe doświadczenie od ciebie”, “lepiej najpierw sprawdź, przeanalizuj to porządnie i dopiero wtedy się odezwiesz”.

I taki mechanizm działa za każdym razem, kiedy próbujemy wyjść poza strefę komfortu, czyli poza to co dobrze znane, oswojone, przyjemne (a nawet jeśli nieprzyjemne, to przynajmniej dobrze znane i oswojone). I choć krytyk wewnętrzny może być bardzo przekonujący i nieraz zdarza nam się uwierzyć w to, że dobrze jest tak jak jest, że nie nadajemy się do tego, co nas ciągle woła, to na próżno szukać w strefie komfortu spełnienia naszych wielkich marzeń, pragnień, życiowych celów. Kto szukał, ten wie o czym mówię 😉

Piszę o tym wszystkim, bo są sposoby, żeby sobie z tym draniem poradzić – i to jest właśnie ta dobra i zła wiadomość 🙂 Dobra dla tych, co skorzystają, zła – dla tych co przeczytają i nie skorzystają – w myśl zasady: co sobie uświadomisz, tego sobie nie odświadomisz. Czytacie więc na własną odpowiedzialność!

Otóż krytyka wewnętrznego da się namierzyć, nauczyć się zauważać jego głos. Samo dostrzeżenie tych negatywnych myśli osłabia ich siłę. Np. gdy chcesz pokazać swoją pracę odbiorcom, na których ci zależy i zamiast to zrobić cały czas ją doszlifowujesz, sprawdzasz, dorabiasz, najprawdopodobniej to właśnie głos krytyka wewnętrznego bezustannie wmawia ci, że twoja praca nie jest wystarczająco dobra/ oryginalna/ inspirująca/ profesjonalna (lub jakkolwiek inaczej niewystarczająca). 

Warto też mieć na uwadze to, że celem krytyka wewnętrznego jest chronienie nas przed niebezpieczeństwem, które z jego perspektywy czyha na nas na każdym kroku, gdy tylko wychylimy czubek nosa poza strefę komfortu. Bo tam, w tzw. strefie uczenia się, o wiele łatwiej przecież o popełnienie błędu, potknięcie, niepowodzenie, wtopę, porażkę. Zatem to, co mówi do nas wtedy krytyk wewnętrzny, może nieść ze sobą cenny komunikat i wskazywać na jakąś szczególnie wrażliwą część nas, którą stara się ochronić. Może chodzi o obawę przed negatywnymi komentarzami, bo uwierzyliśmy, że miarą sukcesu jest liczba lajków? Przed odsłonięciem wrażliwszej, skrywanej dotąd części siebie, bo przekonywano nas, że “trzeba być twardym a nie miętkim”? Przed brakiem akceptacji, której tak bardzo szukamy? Cokolwiek to jest, z jakiegoś powodu jest to dla nas ważne, a krytyk wewnętrzny pełni rolę posłańca i atakowanie go (“wcale mi na tym nie zależy”, “i tak mam to gdzieś”) na niewiele się tu zda. Zamiast tego, możemy mu podziękować i odprowadzić do drzwi mówiąc np. “dziękuję za interwencję, zrób sobie teraz przerwę.”

Te gremliny – jak głosy krytyka wewnętrznego nazywa Brené Brown – będą jednak do nas wracać. Co do tego nie można mieć złudzeń.  Dlatego – oprócz czerpania inspiracji z niesamowitych książek np. autorstwa wspomnianych wyżej kobiet – warto z takiego wsłuchiwania się w siebie uczynić codzienną praktykę. I nie czekać z nią do Nowego Roku, tylko zacząć dziś 🙂 Choćby przez 5 min. Choćby 30 sekund. Codziennie.

OSTRZEŻENIE: Wszelkie próby wprowadzenia do swojej codziennej rutyny jakichkolwiek nowości/ zmian – a za takie należy uznać obserwowanie krytyka wewnętrznego – mogą prowadzić do uaktywnienia mózgu gada, który wszelką zmianę rozpoznaje jako zagrożenie obecnego status quo! Należy zatem spodziewać się, tudzież antycypować wręcz, myśli zniechęcających nas do podjęcia takiej aktywności, np. takich: daj spokój, to bez sensu, przecież i tak nie zadziała, tylko stracisz czas, na pewno nie dasz rady.

Zatem: obserwujmy, a gdy usłyszymy – podziękujmy i wyciszajmy, a gdy czasem krytyk weźmie górę – okażmy sobie życzliwość i znów – obserwujmy. I płyńmy dalej przed siebie.