Takie buty

Ostatni miesiąc tego roku, więc już coraz trudniej wmawiać sobie, że ten rok dopiero się zaczął 😉 I znów przychodzi czas rozstania, pożegnania, zamknięcia czegoś, by rozpocząć i powitać nowe. Choć z drugiej strony, niby to tylko data, jakiś umówiony w naszej cywilizacji symbol, bo przecież słońce nadal będzie tak samo wschodzić i zachodzić, drzewa wciąż będą wyciągać do nieba swoje gołe gałęzie, a jakiś pies – zupełnie tak samo jak kilkadziesiąt godzin wcześniej – znów zaszczeka pod sklepem.

Zastanawiam się więc, jak to jest z tymi pożegnaniami? Do czego one są nam potrzebne, o ile w ogóle?

Są takie, dzięki którym odczuwamy radość, ekscytację, dumę; dzieje się tak, kiedy żegnamy się z czymś – z jakąś aktywnością, nawykiem, brakiem, miejscem, relacją – które postrzegaliśmy jako nieprzyjemne, szczególnie stresujące. Takie zakończenie przyjmujemy jak długo wyczekiwanego gościa, witając uśmiechem,  gorącą herbatą i z nieskrywaną wdzięcznością, że wreszcie jest.

Są też rozstania, których wcale nie chcemy. Przychodzą z zaskoczenia, czasem wdzierają się w nasze życie z hukiem, innym razem skradają się po cichu, żeby nagle krzyknąć nam wprost do ucha “a kuku!” Wtedy odruchowo próbujemy pozbyć się tego intruza, wypchnąć go za drzwi i przywrócić naszemu światu dotychczasowy porządek. Albo zamykamy oczy, wierząc – jak małe dziecko – że ten paskudny koniec sam zniknie i gdy otworzymy oczy, już go nie będzie. Wraz z takim pożegnaniem przychodzą wtedy do nas złość, strach, smutek, rozgoryczenie, gniew, rozczarowanie, zwątpienie, bezsilność…

Jest jeszcze jeden typ pożegnań. Są jakby bardziej nieśmiałe, delikatne. Przychodzą niemal niezauważone, siadają cichutko gdzieś w kącie i czekają… I niby nic takiego się nie dzieje, gdyby nie to, że od czasu do czasu kątem oka zauważamy, że ono tam jednak jest, nadal jest. Te rozstania mogą tak czekać tygodniami, miesiącami, a nawet latami. One wiedzą, że przyjmiemy je wtedy, kiedy będziemy na nie gotowi, nie wcześniej. Są jak lustro, w którym mimowolnie zaczynamy zauważać, że nasze buty są już mocno zużyte i coraz mniej nam służą. Że podeszwa naprawdę już się rozkleiła i właśnie dlatego mamy czasem mokrą skarpetkę, że piętę nam obciera, bo wkładka zupełnie się wytarła. Jesteśmy jednak tak przywiązani do TEJ pary butów (tu można wstawić również: takiego podejścia do sprawy, takiego myślenia o sobie, takiego myślenia o nim/o niej/ o nich, takiego widzenia świata, takiej reakcji, gdy jest nam źle, smutno, trudno itd.), że choć coraz bardziej uwiera nas i boli, trudno się nam z nimi rozstać. Nosimy je od dawna, wiemy jak stawiać w nich kolejne kroki, ba – wiemy też, że w jakich warunkach przemoknie nam skarpetka – więc całkiem dużo wiemy, a gdy wiemy, gdy mamy więcej pewności niż niepewności, czujemy się bezpieczniej.

Czasem więc na rozstanie się z tym wrażeniem pewności, potrzebujemy sporej porcji odwagi i czułości… Odwagi, by zatrzymać się, bo możemy wtedy spotkać się co najmniej z oburzeniem (co Ty robisz?! zwariowałaś/eś, lepiej biegnij dalej, bo ktoś cię może przegonić!), by przysiąść na przydrożnej ławeczce albo kamieniu i rozsznurować wreszcie te buty, które tak długo nosiliśmy na sobie… A potem zdjąć je z wdzięcznością za to, jak nam służyły – bo służyły najlepiej jak to możliwe, najlepiej jak mogły biorąc pod uwagę materiały, z których zostały uszyte, drogi, które z nami dotychczas przemierzyły, jak dbaliśmy o nie do tej pory… I w końcu z czułością i ciekawością przyjrzeć się sobie już bez butów, poczuć pod stopami ziemię, poruszać palcami.

A gdy postanowimy ruszyć dalej, może okazać się, że dzięki bosym stopom odczuwamy teraz mocniej, częściej, więcej, może okazać się, że teraz na nowo musimy odkryć dobre dla nas tempo podróży, a może okaże się, że teraz w ogóle inną drogą chcemy iść. A może spotkamy wreszcie swoje “nie wiem”?

W tym miejscu daję znać o cudownym tekście Sabiny Sadeckiej – redaktorki portalu “O psychologii”: Dzień dobry nowe życie

Zdjęcie: Oziel Gómez/ Unsplash

PODAJ DALEJ