“Pięknie jest uczyć się czegoś nowego”

To zdanie usłyszałam ostatnio od nauczyciela jogi na początku zajęć*.  Jest w tej myśli coś bardzo mi bliskiego.

Mam wrażenie, że ja się cały czas uczę czegoś nowego i to na wielu różnych polach. Pomijam formalne formy edukacji jak studia, kursy, studia podyplomowe, szkolenia, czy wiedzę i odkrycia (olśnienia), które przyszły dzięki przeczytanym książkom (a niektóre były dla mnie przełomowe!). Chodzi mi o to, że za każdym razem, gdy zmieniam pracę, miejsce zamieszkania, gdy wchodzę w nowy etap swojego życia (np. macierzyństwo), uczę się nowego i dowiaduję czegoś o sobie.

Na przykład pewne sytuacje zawodowe pokazały mi, że jestem w stanie działać w ekstremalnie trudnych dla mnie warunkach i osiągać naprawdę dobre rezultaty, ale pod warunkiem, że te wyzwania nie wchodzą w konflikt z moimi wartościami. 

Nauczyłam się też, po latach gonitwy, nierzadko na autopilocie, a czasem wręcz pędu na oślep, że moje tempo to spokojne stawianie kolejnych kroków z uwagą na to, co dzieje się w tym czasie dookoła i we mnie. I takie nastawienie odnajduję właśnie w praktyce jogi, w której życzliwość wobec samego siebie i cierpliwe praktykowanie najdrobniejszych szczegółów prowadzi do efektów, które na początku drogi wydają się kompletnie nieosiągalne 🙂

Kilkanaście przeprowadzek było niezłą lekcją z topografii terenu 😉 Ale nauczyłam się też, że czasem może być trudno, szczególnie gdy wiele spraw toczy się nie tak, jak bym sobie tego życzyła… np. gdy trzeba wyprowadzić się ze świeżo urządzonego, wymarzonego mieszkania, gdy nowe miejsce wydaje się zupełnie obce, a kiedy zaczyna być domem, znów trzeba szukać nowego.

Jednak jednym z najpiękniejszych dotychczas odkryć był dla mnie moment, w którym uświadomiłam sobie, że stan idealnej równowagi w różnych obszarach mojego życia, a więc równowagi pomiędzy harmonijnym życiem rodzinnym i relacją z partnerem, satysfakcjonującym życiem zawodowym, spokojem finansowym i niezbędną przestrzenią na zadbanie o siebie (o ciało i ducha) jest… nierealny 🙂 Dość długo byłam przywiązana do myśli, że “w końcu wszystko się ułoży i wtedy będzie już dobrze.” A im mocniej trzymałam się tej fantazji, tym bardziej moje poczucie dobrostanu zależało od wielu zewnętrznych czynników (od humorów szefowej, od stanu konta bankowego, od funkcjonalności mieszkania …).

To trochę jak budowanie bardzo wysokiej wieży z klocków LEGO – za każdym razem, gdy się przewraca, można pozbierać klocki i budować od nowa. Problem jednak w tym, że budując ponownie i ponownie i ponownie, nie dojdziemy do etapu, kiedy wieża będzie wreszcie stała stabilnie przez dłuższy czas. Bo wieże z klocków, szczególnie te długie/ wysokie, po prostu tak nie stoją… 

Gdyby więc zmienić perspektywę – i zamiast dążyć do postawienia jak najwyższej wieży zaciskając po drodze zęby i wstrzymując oddech w obawie, że znów mogłaby się przewrócić – skupić się na samym budowaniu? A gdyby tak przyjrzeć się uważniej klockom i wybrać te, które naprawdę nam pasują, a z pozostałych zrezygnować? A gdyby budować wieżę z kimś jeszcze? A gdyby czasem zatrzymać się i po prostu porozmawiać, pośmiać się, pobyć? A może, gdy rozejrzymy się wokół, zobaczymy, że komuś obok nas właśnie rozsypała się z mozołem budowana wieża a wraz z nią on/ ona sam/a. Może możemy choć na chwilę odłożyć swoje klocki, podejść do kogoś i powiedzieć “hej, jestem tu, jestem przy Tobie.”?

To “coś jeszcze”, co odnajduję w tej myśli “pięknie jest uczyć się czegoś nowego”, o czym wspomniałam na początku, nazwałabym chyba trudem pozostania/ nieuciekania. Dla mnie uczenie się czegoś nowego łączy się z doświadczaniem jakiejś nieporadności, niepewności, z mierzeniem się ze swoimi lękami (np. a co jeśli okaże się, że jestem w tym beznadziejna? a co jeśli nie dam rady? a co jeśli ludzie mnie wyśmieją?) 

I by wytrwać w tej niewygodzie, potrzebna jest odwaga, życzliwość dla siebie i wsparcie. Odwaga – żeby zatrzymać się w doczepianiu kolejnych klocków do wieży, z ciekawością poszukać w sobie odpowiedzi na pytanie “po co mi te wszystkie klocki? po co mi następny klocek? co mi to da, jak będę myślał(a) o sobie, gdy moja wieża będzie wyższa? Życzliwość dla siebie – by pozwolić sobie na smutek, bezsilność, zagubienie kiedy uświadomimy sobie, że budowanie jak najwyższej wieży było dla nas całym światem, a z nowej perspektywy może okazać się o wiele mniej znaczące niż nam się dotąd zdawało. Wsparcie – kogoś, kto pobędzie z nami w tym “błocie” okazując empatię bez doradzania, bagatelizowania czy krytykowania i pamiętając, że jest to część naszego wspólnego, ludzkiego doświadczenia.

… wybór Autentyczności we współczesnym świecie jest aktem wymagającym wielkiej odwagi. Jeśli żyjemy pełnią życia i kochamy całym sercem, to jednocześnie rzucamy wyzwanie współczesnemu światu. Z pewnością rozzłościmy i przerazimy wiele osób – łącznie z nami samymi. Będziemy pragnąć, by to się wreszcie skończyło, a potem modlić się, by trwało wiecznie. Będziemy się też dziwić, że możemy jednocześnie tak bardzo się bać i być tak odważni – “Dary niedoskonałości” Brené Brown

I to jest niesamowicie piękne.

* na jogę “chodzę” obecnie na Zoomie, tym razem w pokoju syna 😉